Janusz i Grazyna wlasnie jedli niedzielny obiad, kiedy to do ich drzwi ktos zapukal. -Co je do cholery, w boga nie wierzo ze tak w niedziele?!-sapnal pan domu. -Januszku, spokojnie, zjedz bigosu, ja sprawdze kto nam przeszkadza w niedzielnym obiedzie. Grazyna wstala i spiesznie podeszla do drzwi. Z trudem przycisnela oko do judasza, dobre polskie jedzenie zrobilo swoje z jej nienaganna kiedys figura. A i do drzwi dobiegala szybciej. Za drzwiami, nie wiadomo dlaczego, stal wielki tlusty mezczyzna z broda i koszulka z napisem LINUX RULES. "Pewnie jakis zespól" pomyslala kobieta. Zalozyla lancuch i uchylila drzwi. -Nie dam panu zadnych pieniedzy, a i u nas sie nie przelewa, przykro mi...-po tej wyuczonej formulce, czesto ledwo slyszalnej znad sciany dzwieku wylewajacej sie z wielkiego plaskiego telewizora(kupionego w pobliskim markecie, bo raty dla górnika zawsze maja zero procent) wiekszosc intruzów rezygnowala. Ale nie ten. -Bo wie pani, ja mam taki list, no, dla malego Sebastiana-wysapal przybysz i podrapal sie po brodzie, z której wypadly okruchy-o tutej go mam, jest Sebastian? Grazyna skrzywila sie. Maly Seba, którego dostali na wychowanie 10 lat temu, byl dziwny. Tylko gala i gala, czasem tylko posluchal Tibia i pogral w Peja na komputerze. Nie to co ich prawdziwy syn, Mateusz, który, mimo kiepskich wyników w szkole, byl naprawde zlotym chlopcem. Po chwili namyslu powiedzala; -Wie pan co, pan da ten list, ja mu przekaze-grubas bezwiednie wyciagnal reke z listem w jej strone, tracac prawie palce miedzy futryna a pospiesznie zamykanymi drzwiami. -JANUUUUUUSZ!-wydarla sie Grazyna, blada jak sciana. -Co jes, kobieta uspokój sie jem przeciez nie przerwe tera-bigos latal wokól glowy Janusza jak aureola. Zona jednak nie zwrócila uwagi na sarkanie meza, wziela widelec ze stolu i jednym ruchem otworzyla koperte. -Sebastian Galecki zostal przyjety do szkoly arg, arka, arkanów magii im. Piotra Luszcza-ostatnie slowa wyszeptala, osuwajac sie na tapczan. Janusz wstal, zerknal okiem na tresc listu i wrzucil go za mebloscianke. -Nie beda do mnie jakies magiki skakac-wycedzil przez zeby. Do pokoju wszedl Mateusz, zdziwiony zachowaniem rodziców, tak niepasujacym do atmosfery rodzinnego obiadu. On sam nie jadl, bo mial kare na talerze i papier do kanapek za jedynki z przyrody i godziny wychowawczej. -Mame tate gdzie skarpety?!-zagail rozmowe, tak jak mial w zwyczaju. -Syneczku, spokojnie, nic waznego sie nie stalo-powiedziala slodkim glosem mama. Ciche pykniecie w tapczanie spowodowalo ze az podskoczyla. -Mame mame, co to jest?!-zapiszczal Mati, ktorego oczom ukazala sie gigantyczna mewa, próbujaca wydostac sie spod siedziska. Po chwili stanela na stole, nie jadla nie pila, tak tylko stala. Do nogi miala przyczepiony list, ludzaco podobny do tego, który przyniósl otluszczony fan zespolu Linux. -No, poszla!-Janusz zdecydowanym gestem zamachnal sie gazeta, ale mewa nie zareagowala. -Aaaaaa, Januszkuuuu-Grazyna ze strachem i odrobina zaciekawienia spogladala na smocze dildo trzymane przez meza. Janusz zemdlal. -Januszku, Januszku, juz dobrze-mezyczna otworzyl oczy, spogladajac na trzeci podbródek zony. "Ja to mam szczescie, taka dorodna" pomyslal, lecz zaraz przypomniala mu sie mewa. Jednym ruchem podniósl sie z podlogi i powiedzial: -Zono moja, mam pomysla, w koncu Seba zajmuje nam tylko pawlacz, a i je niemalo, pozytku z niego nie ma, matki ojca nie szanuje bo nie zyjom, papieza tez, wiec pozbedziemy sie go jako komuny z Walesom...-oczy Grazyny spogladaly na meza z podziwem. Podeszla do okna i krzyknela: -SEBA OBIAD! Nie minelo kilka chwil, a w pokoju, naprzeciwko lekko skonsternowanej rodzinki stal mlody chlopak. Ubrany byl w czerwona koszulke dekoral, dodatek do farby, która umalowano pokój Matiego, zielone krótkie spodenki i halówki z bazarku. Jak zwykle usmiechniety, spytal: -Co tam? Chlopaki graja mecza, ale akurat mamy przerwe. -Synku-to slowo bylo jak kawalek kotleta sojowego w ustach janusza-synku, znalezlismy dla ciebie szkole. -Ale ja mam szkole, u nas w podbazie ciagle gramy w gale na wfie i fajnych kumpli mam i w ogóle.-zaczal wyliczac zalety swojej placówki edukacyjnej Sebastian,troche jednak zbity z tropu. -MILCZ GÓWNIARZU!-krzyknal Janusz-Pójdziesz do szkoly imienia Luszcza czy chcesz czy nie. Zabieraj bambetle z pawlacza i szykuj sie, bo tutaj pisze ze jak bedziesz gotowy to cie zabiorom. -MAME TATE JA TEZ TAK CHCE!-reka ojca wyladowala na policzku Matiego z podobnym skutkiem jak tupolew. Sebastian posmutnial i poszedl po stolek zeby wejsc do swojego pawlacza. W pawlaczu Seba szybko wlaczyl latarke. Duzo do zabrania nie mial, model autobusu, gale i kilka Kaczorów Donaldów, które dostal po Matim. Spakowal to do plecaka, z którego wczesniej wyrzucil ksiazki. Pewnie w nowej szkole beda inne. I kto to jest ten Piotr Luszcz. Chlopiec smakowal to nazwisko jak smalec, który kiedys udalo mu sie podwedzic Grazynie. -SEBA SZYKUJ SIE-uslyszal. Zeskoczyl zrecznie z pawlacza i poszedl do przedpokoju. Jego rodzinka nawet nie pozegnala sie. Otworzyl drzwi, ale raz jeszcze spojrzal przez ramie na Janusza i Grazyne. -Zginiecie w pierdlu w Sztumie-powiedzial pod nosem i zszedl na dól. Pod klatka stal wielki mezczyzna, który sprawial wrazenie troche nieobecnego. -prosze pana, to ja Ssseba! -A gdyby te jeze z lasku kolo szkoly sprzedac na allegro-wymruczal olbrzym, po chwili jednak spojrzal na chlopca i krzyknal: -Witam w szkole magii imienia Piotra Luszcza, kruszynko. -Kto to ten Luszcz? -Wszystkiego dowiesz sie w swoim czasie... -Prosze pana, a co bede tam robic?-Sebastian drazyl sprawe, nie zwazajac na to, ze mezczyzna coraz bardziej sapie sie i poci, mimo ze nie przeszli nawet 200 metrów. -Nieee, teerazzz.-wysapal brodacz.-Naajpierw poznasz swoich nowych kolegów, czekaja u mnie w piwnicy. -A co to jest ta piwni-chcial spytac Seba, ale mocne uderzenie w potylice spowodowalo ze ujrzal ciemnosc. Ostry ból w potylicy uswiadomil mu ze jednak zyje. Na dodatek lezal w prawdziwym lózku! -Przykro mi maly, ze tak cie urzadzilem. Ale niestety mam fobie spoleczna i zupelnie nie nadaje sie do tego co musze robic.-grubas byl strasznie spiety. -O, spójrz przyjacielu kogo to bedziemi mieli mozliwosc poznac-pól chlopiecy, pól meski glos dobiegal z pokoju, jednakze jego zródlo umieszczone bylo na wysokosci glowy siedzacego Sebastiana. -To szuepr mój wiekli pszjcielu Dawizie!- Cos gigantycznego wyszlo z cienia, pchajac przed soba wózek inwalidzki. -Witam cie kolego, oto mój przyjaciel Maciej Maks Przadlo, a ja jestem Dawid Rolewski.-na wózku siedzial mlody chlopak, z dziewiczym wasem i czapka z daszkiem, przykrywajaca jego ciemnobrazowe wlosy. Jego nogi byly chude jak patyki. Jednakze jego kolega byl o wiele ciekawszy. Wysoki, wielki niczym brodacz, ubrany w gigantyczna biala koszule, czarne sztruksy, które strasznie niefitowaly oraz biale buty, spogladal na Sebastiana okragla jak ksiezyc buzia, zwienczona para oczu jak szparek i rudawa czupryna. -Jestem Macek Pszadlo i nie zycze sobie zeby mnie obarzano albo smieno sie z mnie czy mojego pszyjciela Dawid Rlewskiego. -No, widze ze sie juz poznaliscie-grubas skonczyl gmerac cos przy wiekowym komputerze-jadro skompilowane, czas wyslac was do szkoly magii. Najtrudniej bylo zmiescic w windzie Macieja i Dawida, jednakze mimo przekroczonego udzwigu, maszyna powoli ruszyla.Po chwili znajdowali sie juz na 9 pietrze wiezowca. Widok z okna byl naprawde piekny, widac bylo nawet ten slynny Palac Kultury. -Prosza pana, ale jak my sie dostaniemy do tej szkoly?-Sebastian coraz bardziej sie niecierpliwil. To juz ponad cztery godziny od ostatniego grania w gale, a nie zapowiadalo sie zeby mial szybko trafic na boisko. -Zeby dostac sie do elitarnej szkoly magii imienia Piotr Luszcza, musicie dokonac skoku. -Cio jak to z tgeo wysoka skakakanie?! NIE RZYCZE SOBIE!-wybuchl Przadlo. -Spokojnie, musicie skoczyc i krzyknac w locie "Molte volte", to przeniesie was we wlasciwe miejsce. Chlopcy nie wygladali na przekonanych. Grubas zlapal wiec Rolewskiego, który w zaden sposób nie mógl sie obronic i wyrzucil go przez okno. -Moltee volteeeeeeeeeeeeeeee-cisza. Chlopcy doskoczyli do parapetu, ale na dole nie bylo sladu biednego kaleki. Jakby rozplynal sie w powietrzu. Sebastian stanal na parapecie i spojrzal przed siebie. "Mam jedna pierdolona schizofrenie" pomyslal przed skokiem. -Witaj Sebastianie w szkole magii-uslyszal nagle. Dlugo nie mógl jednak otworzyc zacisnietych powiek. Kiedy jednak je otworzyl, szybko zamknal z powrotem. "To niemozliwe, przeciez on...nie zyje" pomyslal Sebastian. -Tak Sebastianie Galecki, ja zyje. Musze zyc, aby ten swiat mógl trwac w niezmienionej formie-ogolona na lyso glowa z podkrazonymi oczami mówila dalej-Dzieja sie straszne rzeczy, panie Galecki... -Ale ty, pan znaczy sie, z okna skoczyl, tyle lat temu?! -Wy dzisiaj przeciez tez powtórzyliscie mój wyczyn? Magik zasmial sie, poprawil swoja granatowa bluze i spojrzal na stojacego nieopodal grubasa, który tlumaczyl cos dwóm wielkim przyjaciolom. -Andrzeju, mozesz zaprowadzic Dawida i Macieja Maksa do ich pokoju? Musze porozmawiac z Seba. Po chwili zostali sami. Magik wyjal zniszczony zeszyt i ze smutkiem powiedzial: -To jedyne co zostalo po twoich rodzicach. Byles wtedy malym dzieckiem, Seba, a twoi rodzice byli najlepszymi czlonkami naszego bractwa jakich znalem. Wszyscy bylismy czlonkami zakonu Visza, który walczyl o wolnosc slowa na swiecie. Ale jeden z naszych, moich, wychowanków, postanowil nas zniszczyc. Twoi rodzice zgineli przez Bialego Pana, zgineli aby cie chronic! -Ale jak to? Czemu?-Seba nie byl w stanie przyswoic tylu informacji naraz. Przeciez jego rodzice zgineli podczas wycieczki do Grecji, w wypadku samochodowym. -Twoi rodzice glosili prawde o papiezu. A Bialemu Panu sie to nie podobalo. Juz wtedy byl poteznym przywódca swojej sekty. Wykopki-to ostatnie slowo wymówil twardo. Gorycz w jego glosie spowodowala ze Sebastian zrozumial, ze mezczyzna, którego dotad widzial tylko na opakowaniach plyt u kolegów, mówi prawde. "Tak bardzo wyjebane" pomyslal jednak "co ja mam z tym wspólnego". -On przyjdzie takze po ciebie Sebastianie. Tak jak po twoich rodziców. Ostatnio zyskal na sile, moze coraz wiecej. Jego grupa wyznawców sie powieksza. Pamietaj, Bialy Pan to Michal Bialek... -WCIAGA ROGALE-wyrwalo sie Sebie. -Brawo, masz dar-zrenice Magika byly rozszerzone bardziej niz po zwyklej dawce marihuany-Ale on to poczul. Przyjdzie po ciebie, Sebku. Musisz wziac ode mnie ten zeszyt. To zeszyt twoich rodziców, którzy wklejali do niego zdjecia papieza, a nastepnie je przerabiali-to mówiac Magik podal chlopcu zeszyt. Seba przekartkowal i zrobil sie czerwony. W koncu wychowanie u Janusza i Grazyny duzo dalo. "Jak tak obrazac Jana Pawla mozna, czy oni nie mieli honoru i godnosci czlowieka?" pomyslal, jednoczesnie smiejac sie w duszy. "Jan Pawel Piaty gwalcil male wielokaty" szybko wymyslil wierszyk podobnych do tych z zeszytu. Strachnal. -Jeszcze porozmawiamy Seba, teraz Andrzej zabierze cie do waszego pokoju. -Dalej trafisz sam, Seba, to ten pokój na koncu korytarza-Andrzej widocznie mial wazniejsze sprawy do zalatwienia. Sebastian poczekal az grubas stoczy sie ze schodów i ruszyl przed siebie. Nagle uslyszal za soba kroki... -Witam konsumenta! a co ty tu masz prawilny ziomeczku za zeszycik pizdewko-chlopak odwrócil sie i ujrzal lysego, ubranego w dresy mlodzienca. Mial on pokazna szpare miedzy jedynkami i groznie spogladal na Sebe. -A, nic takiego.. -Dawaj dziesiona kurwo pierdolona, tu Bonus erpeka dla leszczy nie ma litosci. Juz dzisiaj ojebalem jednego na wózku i grubasa z zegarków-zasmial sie paskudnie. -Zooostaw, to nie dla ciebie-Sebastian postanowil bronic jedynej pamiatki po rodzicach. Zaczela sie szarpanina, szelest dresu przerywany byl co chwila kolejnymi wyzwiskami. Nagle silne rece uniosly chlopaków w powietrze. -A CO TO ZA ZYCIE KURESKIE?!-tego glosu Seba nie spodziewal sie uslyszec. -Oliwierku, znowu wpadasz w klopoty. Szacunek ludzi ulicy to jedno, a byc nie miec to drugie-Ryszard Andrzejewski strofowal Bonusa-A ty to kto, aaaa, ten slynny Sebastian Galecki. Myslisz ze bede ci poblazal tylko dlatego ze jestes slawny, a twoi rodzice nalezeli do zakonu? Do zobaczenia na moich lekcjach. A ty Oliwierku pocwicz troche dziesiony i nie daj sie zlapac psom. Po chwili obaj odeszli. Seba wszedl do pokoju. W powietrzu niósl sie zapach top chipsów i coli z biedronki. Poczul sie jak w domu. Naprzeciwko drzwi, na lózku siedzial Przadlo i Dawid, a obok nich jakies dwie dziewczyny. -Mój pszyjacilu to sa Aralga i Karynke, noweew klezanki z szkokly- w glosie Macka czyc bylo podekscytowanie. Seba burknal cos do dziewczyn patrzac sie na podloge i katem oka zauwazyl ruch w rogu pokoju. -Nie zwracaj na niego uwagi, to jest Stulej-szybko wyjasnil Rolewski-on sie do nikogo nie odzywa i tylko poleruje knage. Dziewczyny zasmialy sie nerwowo. -Za 15 minut macie zajecia z obrony przed potworami-glos brzmial bardzo znajomo. Seba podniósl glowe i zauwazyl lewitujaca glowe Papieza Polaka, która lewitowala pod sufitem. Dopili cole i wyszli z pokoju. Szybko dotarli do klasy, podazajac za glowa papieza. Stal tam juz tlumek innych uczniów, jednak nikt nie zwrócil na nie uwagi. -Podobno to jest wielkie otwarcie!-jeden z chlopaków byl bardzo podniecony. -Ale otwarcie czego?-spytala Aralka. W tym samym momencie drzwi uchylily sie a ze srodka mocny, damski glos zawolal: -Wchodzicz wchodzicz! Sebastian wszedl i zgodnie ze zwyczajem ulokowal sie w ostatniej lawce. ALe nawet stamtad wiedzial te kobiete. Gigantyczne uda, tak wielkie jak Maciej prawie, kurtka w niedzwiadki oraz mala lysa glowa, filuternie zerkajaca na nich oczami. -Nazywam sie Ania Aniula Kaminska ksiezniczka i lubie konie kotostrupy kolor niebieski czarny czerwony-jak karabin powiedziala nauczycielka -Uczycz was o kotostrupach koniach i kolorze niebieskim. Cos pytacz?-w tym momencie otworzyly sie drzwi i stanal w nich mezyczna z podeszlym wieku, w marynarce i muszce. Zlustrowal klase, po czym zwrócil sie do Kaminskiej: -Ru ru rurkowce w piwnicy! Musimy cos z tym zrobic! - Ozjasz Ozjasz Ozjaszyk beze mnie nicz nie moze zrobicz-ucieszyla sie Ania Aniula-na nastepne zajecia pisacz komentarz o kotostrupach!-krzyknela i potruchtala za mezczyzna. -Z lekcji nici-powiedzial Sebastian-Chodzmy pokopac gale. Okazalo sie jednak ze nigdzie nie ma boiska do grania w gale. Sebastian chcial opuscic tak niepowazna szkole, ale Dawid jakos przekonal go, ze na grze w noge swiat sie nie konczy. -Sa autobusy, solarisy, neoplany, mpk, mzk, mzt, wszystko! Seby to nie przekonalo, jednak latajaca glowa papieza szybko wezwala ich na kolejna lekcje. Tym razem byla to lekcja obrony przed wykopkami. Samo pomieszczenie juz bylo dziwne. Przed lawkami stalo cos, co przypominalo teatrzyk dla kukielek, wkrótce kurtyna rozsunela sie i uczniowie zauwazyli czlowieka w bialej koszulce i majtkach CK. Teatrzyk byl tak zbudowany, ze nie bylo widac jego glowy. Mezczyzna byl swietnie zbudowany "Nigdy nie bede mial takiego brzucha" pomysleli w tym samym momencie Przadlo i Rolewski. -Co polskie kuhwy, mysleliscie ze to Andrzej Breiwik jak co hoku bedzie phowadzil obrone przed lewakami? Nie dla psa kielbasa kuhwy, tehaz ja, profesor Testovihon bede phowadzil obhone przed wykopkami! W tym momencie w rece mezczyzny pojawila sie pomarancza. Sebastianowi cos kapnelo na ramie. To Przadlo slinil sie jak pies. -Chodz, chodz, rhudy chlopczyku, tak ty, tlusty, do mnie, pomahancza dla ciebie, skuhwynysu-Przadlo jak zahipnotyzowany zblizal sie do Testovirona, kiedy jednak wyciagnal reke, pomarancza zniknela, a jej miejsce zastapily posladki mezczyzny, który klepal sie po nich i krzyczal: -Nie dla psa kuhwa! Zaplakany Maciek wrócil do lawki. Na nastepne zajecia Testo kazal przyniesc noze szefa kuchni, bo bedzie pokazywal jak wypatroszyc Bialego Pana. W pokoju czekala na nich niespodzianka. Na lózku siedzial ogolony na lyso chlopak, który nie zdazyl na zajecia, bo zbieral pieniadze na oplacenie mieszkania w Warszawie, którego, jak sie dowiedzial przed chwila, juz nie potrzeboal. -Czesc, jestem Kamil. Lubie gry i komputery, moge wam pokazac jak sie robi rózne rzeczy na kompie-powiedzial wesolo. Stulej w kacie zabluznil cicho. -O co mu chodzi? Tamtemu w rogu?-spytal cichutkim, lecz pewnym siebie glosem Kamil -A, tamten tylko siedzi w rogu i pucuje gale-odpowiedzial Sebastian, który zle zrozumial wczesniej Rolewskiego -A ten, macie tu komputery? -Ne mamy komuteow, ne dzialajol u naz-powiedzial Maciej, nieco wystraszonym glosem, brzmialo jakby klamal, ale Sebastian nie byl w tym dobry i tego nie zauwazyl, a raczej nie uslyszal. -Aha dobra, to ja ide nakrecic jakis material dla swoich widzów, siemanko!-I poszedl -Ehh...nie ma z kim pokopac w gale-pomyslal Sebastian. Tyle juz bez galy, to juz prawie doba...Ostatni raz tak dlugo nie gral jak byla wigilia i musial robic pierdy z octem, wpierdol z makaronem calej Mateoszowej rodzinie. Wtedy tez dostal wpierdol od brata Mateosza, bo nazwal go pedalem. No i Mateosz mu to powiedzial, to ta slynna braterska milosc. Czym jest milosc? Takie i inne mysli krazyly Sebastianowi po glowie, gdy Rolewski wyjebal sie ze swojego wózka -Ale urwal! Darl sie Maciej, nie zwazajac na cierpienie swojego najlepszego przyjaciela. Wszystkiego przygladala sie latajaca glowa Papieza. Gdy Dawid wszedl wreszcie na swój wózek, zawolal wszystkich. -Kolacja! I poszli do tej slynnej kuchni. Czesc!-chórem powiedzieli chlopcy. Okazalo sie ze Dawid znal nowego z internetu, bo czesto ogladal jego filmy dotyczace technologii komputerowej. -Ech, gala tak bardzo niekopana-westchnal po chwili Sebastian. Kamil usmiechnal sie: -A moze przyszpilamy w fife?-Sebastian az podskoczyl. Gral kiedys z kolegami na informatyce, akurat kiedy skonczyli medal of honor po lanie. -Jasne! Kamil rozlozyl laptopa alienware, odpalil gre, a po chwili zaplakal. Sebastian ogral go 3 razy, z czego za pierwszym razem nie mial nawet zbindowanego klawisza do podan. -Dobry jestes, moze nagram o tobie vloga, rozmowe z przedstawicielem e-sportu?-Kamil nie dal po sobie poznac swojego humoru. Sebastian za to nie wiedzial o czym jego nowo poznany kolega mówi. -Czemu nie, tylko moze nie dzisiaj, pózno jest. Dni mijaly, Kamil powoli stawal sie dobrym przyjacielem chlopców, a jak sie okazalo, obie dziewczyny byly nim mocno zainteresowane. Rozmawial o modzie z Mackiem Maksem, opowiadal chlodne historie z warszawskiej komunikacji miejskiej Rolewskiemu. Karyna dowiedziala sie ze niezle z niej ciasteczko, a Aralka czesto ogladala razem z nim chinskie bajki. Tylko Stulej siedzial w kacie i robil to, co stuleje lubia najbardziej. -Lubie Kamila-powiedzial Sebastian pewnego wieczoru, kiedy to siedzial z reszta paczki w pokoju. Vlogera akurat nie bylo, bo montowal nowe nagranie, a potrzebowal do tego spokoju i ciszy. -Zaden wygryw, normalgówno-odezwal sie Stulej ze swojego kata. -Tio bajdzoi mly hloepiec i nje rzycze sobie ziebyb go smiac!-Przadlo stanal w obronie nieobecnego. -Mój wielki przyjacielu, masz stanowcza racje. Przebywanie z Kamilem to jak jazda solarisem urbino, rzecz przyjemna i pelna radosci. -Sugerowanie ze on jest normalny. Mój licznik poziomu raka wariuje kiedy tu wchodzi.-Stulejarz nie dawal za wygrana. -A wy co sadzicie dziewczyny? Aralka i Karyna usmiechnely sie, ale ich twarze przypominaly dorodne brzydkie buraki. -Mnie sie on naw-nagle zza okna uslyszeli jakies drapanie, po chwili jak cos nie ryknie. Odwrócili glowy jak na komende. Na parapecie stal ktos bardzo kudlaty. -TO COWIEK MAUPA NAJWIEKSZY ZBRODNIARZ WOJENNY-zapiszczal Stulej-SKURWYSYNU ZOSTAW NAS!!! Kraaa! Kraaaa! KRAAAA! Szyba pekla, a Cowiek Maupa powoli zblizal sie do chlopców. Rolewski zaczal powoli toczyc sie w strone swojego modelu Neoplanu, który, chociaz pozbawiony tylnej szyby, dalej mógl byc uznany za dobrej klasy maczuge. -Cio sle dizeje ttaj wgole i kto pna jest sznowny pnie cowku malpa?-Przadlo dygotal, ale postanowil ze nie ulegnie strachowi. -Kraaaaa! KRaaaaaa! Kraaaa!-odpowiedzial najwiekszy zbrodniarz wojenny, po czym zlapal Sebastiana, którego nogi znajdowaly sie wyjatkowo blisko jego zebatej paszczy. Sebastian kopnal. Kopnal tak jak w 2002 na mistrzostwach podwórka w gale, kiedy strzelal karniaka Lysemu, a Lysy potrafil bronic. Uderzenie nie zrobilo jednak na Cowieku Maupie wiekszego wrazenia, puscil jednak Sebastiana i skupil swoja uwage na Dawidzie. Minal piszczace dziewczyny, dopadl kaleke i jak szmaciana lalka rzucil o sciane. -NIEE RZYCIEEEE SOBIEEEEEE-szal Przadla byl natychmiastowy-NIEEE RZYCJIE SOBIEEE MJEGO WLKEIEGO PZICJACIELE O ZSCINAE!!! To co stalo w miejscu Maciej Maksa nie przypominalo juz potulnego grubasa. Ruda, wielka kreatura z gigantycznymi zwojami miesni rzucila sie na Cowieka Maupe zwierajac sie z nim w walce na smierc i zycie. -njee, njieie, mjego pszjlcieal tak bzidko nie zycie sobie!-w Cowieku Maupie cos peklo. Stal przez chwile jak po wypiciu piwa, oszolomiony, po czym padl na podloge. Maciej Maks stal i spogladal na swe dlonie, z placzem podbiegl do swojego przyjaciela. -Dwidzaei! -Mój wielki... przyjacielu... to przypomina mi moja grecka przygode...